5 wad i 5 zalet mieszkania w Domu Dziecka, o których nie przeczytasz w gazecie

Zastrzegam, że tekst ten powstał w oparciu o moje własne doświadczenia. Wychowywałam się w jednej placówce, dlatego nie kładę wszystkich do jednego worka. Miłego czytania 🙂


Wady:

 

  1. Dzieci się nie wychowuje, tylko się nimi opiekuje

 

Wychowawcy mają zbyt wiele dzieci pod sobą, aby zajmować się ich wychowywaniem. Zresztą jeden wychowawca po 8-mio godzinnej zmianie idzie do domu. Kolejno przychodzi następny. Trzeba przypilnować wyjścia do szkoły, odrabiania lekcji, porządków, toalety itd. W takich warunkach brakuje czasu i chęci na przekazywanie wartości. Byli i tacy wychowawcy, których dzieciaki „wykończyły”. Czyli zwolnili się z pracy. Nie czarujmy się, w domach dziecka przebywają dzieci z dużymi problemami emocjonalnymi. Ani opiekunowie, ani podopieczni nie potrafią sobie z tym poradzić.

 

  1. U psychologa nie byłam nigdy

 

Tutaj kolejny punkt, który będzie przedłużeniem pierwszego. Owszem mieliśmy placówk – owego psychologa, ale szczerze mówiąc nie wiem kiedy się do niego szło. Może ja po prostu byłam za grzecznym dzieckiem. Chociaż w pedagogice mówi się, że „grzeczne”, dostosowane dzieci powinny budzić niepokój. Ja takowego nie wzbudzałam. Zdrowe  dziecko jest bowiem ciekawe świata, pyta, szuka, sprawdza i ma sporo energii na poznawanie swojego otoczenia. A kiedy siedzi, milczy i jest w swoim świecie (tak jak ja) to nie znaczy, że jest grzeczne, to znaczy, że jest zaburzone. Ha ha. Taki oto paradoks.

 

W każdym razie teraz jako pedagog i przyszły terapeuta widzę jak mocno brakowało zajęć z radzenia sobie z emocjami, uświadamiania wzorców DDA i przeżywania traum.

 

Nikt mi nigdy nie powiedział, że jako DDA będę mieć problemy z samooceną, kontrolą, stłumioną agresją czy poczuciem winy. Nikt mi nie uświadomił, że moje traumy nie zostały przeżyte i będą wpływać na moje całe życie. Takie zajęcia w domach dziecka powinny być na stałe w grafiku.

 

No ale tak jak powiedziałam w punkcie pierwszym, dzieci się nie wychowuje zbyt mocno. Tylko pilnuje, żeby nie narozrabiały i wykonywały swoje obowiązki.

 

  1. Na 80 osób 5 zdobyło wykształcenie wyższe

 

Pamiętam do tej pory jak jedna z wychowawczyń zaproponowała mi pójście do Technikum zamiast do Liceum, abym zdobyła zawód. Myślę, że nie wierzyła, że ja będę chciała iść na studia. Z jednej strony się nie dziwię, ponieważ u nas z 80-ciu osób tylko piątka poszła na studia. No więc jak widać szanse były małe. Myślę, że nikt nie miał złych intencji, po prostu znając statystyki wpasowywał się w normy.

 

Wychowawcy raczej nie zachęcali nikogo, aby się rozwijać. Najczęstsze propozycje po Gimnazjum to były Zawodówki. Gdzie jak wiadomo nie można napisać matury i iść dalej. Nie wiem czy tak nisko nas cenili, czy chcieli dla nas dobrze. Bo przynajmniej później ma się zawód.

Moja ambicja nie pozwalała mi się zatrzymać. I myślę sobie, że wielu nas takich było, tylko nie wszyscy mieli tyle siły i motywacji, by przeciwstawić się całemu światu. Bo kiedy twój opiekun daje do zrozumienia, że nic ważnego nie osiągniesz to trudno mu się przeciwstawić. Zwłaszcza, że masz zaniżone poczucie własnej wartości.

 

  1. Nie ma wsparcia emocjonalnego po wyjściu z placówki

 

Owszem, dostajemy 9 tysięcy na remont i urządzenie mieszkania oraz pieczę opiekuna prawnego na czas wydania pieniędzy, a później dom dziecka odcinamy grubą kreską od swojego życia. Pamiętam kiedy ja usiadałam w swojej 24 metrowej kawalerce i zaczęłam płakać. Czułam się zupełnie bezradna, dorosłe życie przygniotło mnie swoim ciężarem. Miałam wtedy skończone 19 lat, a czułam się jak małe, bezbronne dziecko. Na szczęście ja miałam rodzeństwo i żyjącą jeszcze wtedy mamę, którzy pomagali mi tyle ile mogli. Ale wiem, że niektórzy wychowankowie nie mieli nikogo. Bez poczucia, że mają pomoc znikali bez śladu.

 

Mało nas na Facebooku, nie wiadomo gdzie kto mieszka, rozpływamy się w powietrzu. Niektórzy już nie żyją, niektórzy piją kontynuując uzależnienie rodziców, dziewczyny często zachodzą w kilka ciąż z przypadkowymi chłopakami, a ich dzieci lądują w domach dziecka lub są zaniedbywane.

 

W placówce żyje się jak pączek w maśle, pod kloszem, a potem? A potem dopada rzeczywistość, na którą nikt nie był gotowy.

Wiem, że jest to wynik różnych działań. Byli wychowankowie wstydzą się prosić o pomoc placówkę. Bo to właśnie oznacza, że sobie nie radzą. A kto chce się do tego przyznać?

 

Pamiętam jak pani dyrektor od nas zapraszała wiele razy usamodzielnionych na obiady. Przychodzili może raz albo wcale. I często byli odgadywani przez pozostałych, że nie stać ich na jedzenie. Akurat jeśli chodzi o naszego dyrektora to nie zamykała drzwi na klucz, jednak wiele czynników wpływało na to, że niektórzy już nigdy nie przekroczyli progu domu dziecka. Nie poprosili o pomoc.

 

  1. Zamknięcie w tym środowisku

 

I ostatni punkt połączony z poprzednim. Właśnie dlatego, że po wyjściu z placówki zrywało się kontakty z mieszkańcami to trzymaliśmy się w kupie z tymi, którzy tak jak my wyszli na swoje. Byli to nasi przyjaciele, z którymi spędziło się pół życia. Dlatego też kiedy pisałam swoją prace magisterską na temat grupy usamodzielnionych wychowanków napisałam, że jest to grupa zamknięta. Często trzymamy się we własnych kręgach, do których trudno wejść. Łączymy się w pary pomiędzy sobą, bo tak bezpieczniej. Dziewięć lat byłam w relacji z chłopakiem, z którym się wychowałam.

 

Wiem, że ma to swoje plusy i minusy. Jednak wydaje mi się, że więcej jest jednak wad takiego zachowania. Trudno nam rozmawiać z innymi ludźmi, dogadać się, załatwić jakąś sprawę, np. wyrobić dowód czy zdobyć pracę. Wszystko bowiem wiąże się z kontaktami interpersonalnymi, które u nas leżały.

 

Zalety:

 

  1. Posiłki, ubrania, szkoła

 

Dom dziecka dawał nam to, czego w domu przeważnie nie mieliśmy. Czyli zaspokajał nasze podstawowe potrzeby. Jedzenie, ubrania i możliwość kontynuowania edukacji. Pomoc w odrabianiu lekcji i nauce. Najczęściej pomagali wychowawcy, ale także przychodzili do nas wolontariusze, który znali się na różnych przedmiotach. Do dziś pamiętam jedną z nich, z którą się zaprzyjaźniłam. Dzięki niej polubiłam angielski. A później zainspirowana tym, że ów studentka studiuje historię sztuki, sama zdawałam ją na maturze.

 

Nie mam pojęcia, czy w domu, w którym brakowało na podstawowe potrzeby byłabym w stanie skończyć studia. Dlatego jestem wdzięczna za to, że dostałam od losu taką szansę.

Wychowawcy nie byli tylko w stanie zaspokoić naszych potrzeb emocjonalnych. Jednak w patologicznych rodzinach, gdzie w większości był alkohol też było to mocno zaburzone.

 

  1. Możliwości rozwoju pasji

Punkt połączony z pierwszym. Wiem, że pasje także pomogły mi przetrwać ten trudny czas. Czas, który spędzałam na pisaniu wierszy (dom dziecka wydał mój tomik), śpiewaniu z siostrą w zespole (sponsorowali nam wyjazdy na przeglądy piosenki) czy malowaniu ( co jakiś czas mieliśmy wystawy i aukcje).

 

Ja sama rozwijałam swoją kreatywność przygotowując przedstawienia i występy na różne placówk -owe święta. Wiem, że jeśli ktoś bardzo chciał i interesował się czymś poza szkołą, nasza dyrekcja zawsze wspierała takie działania. Wiadomo, że budżet był ograniczony, jednak z czystym sercem mogę powiedzieć, że zawsze coś się znalazło dla chętnych do rozwijania się.

Później jako studentka pedagogiki uświadomiłam sobie, że hobby to ogromna siła, która pomaga przetrwać i poradzić sobie później w życiu. Stanowi motywację do działania i może nierzadko służyć jako napęd, by przetrwać.

 

Dlatego też pojechałyśmy z moją młodszą siostrą – trenerką dwa razy w lato do naszej byłej placówki zrobić dzieciakom fitness na powietrzu. Przy kolejnym spotkaniu opowiadałyśmy o tym czym się zajmujemy i że warto mieć pasję, która da ci radość oraz pracę.

Zamierzamy kontynuować nasz projekt w kolejne lato.

Nasza dyrektor zaprosiła także swoich wychowanków do restauracji mojej starszej siostry, która z kolei opowiadała o tym co wiąże się z założeniem własnej firmy.

 

  1. Przyjaciele, którzy rozumieją cię jak nikt

 

Pisałam o tym, że w trakcie przebywania w placówce oraz po wyjściu z niej łączymy się w zamknięte grupy. Jednak w tym całym zamknięciu mamy siebie nawzajem. Przyjaciół, którzy rozumieją się jak nikt. Do tej pory mam kontakt ze swoimi przyjaciółkami, które pozakładamy swoje rodziny. Po pewnym czasie rozeszłyśmy się, ale myślę, że było to zdrowe rozejście.

Bądź co bądź zawsze wiedziałyśmy, że  możemy sobie ufać i liczyć na siebie.

 

W rodzinnym domu często nie mówiło się na zewnątrz o tym co tam się dzieje. Głównie z niepisanej lojalności i wstydu. Dlatego też przyjaciółki, które miałam z tamtego okresu nie do końca wiedziały co przeżywam. W domu dziecka wszyscy mieli podobne doświadczenia, więc nie było się czego wstydzić.

 

  1. Wakacje co rok

 

To jest kolejna rzecz, za którą jestem wdzięczna. Kiedy mieszkałam z rodzicami nie miałam szans na żadne większe wakacje. Pamiętam tylko obóz, który sfinansowała nam opieka społeczna. Rodziców nie było stać na takie rarytasy.

A w domu dziecka co rok mieliśmy atrakcyjne wyjazdy w góry i nad morze, czasem nawet za granicę. Dzięki temu poznałam kilka pięknych miejsc i spędziłam fajne wakacje wśród znajomych. Każdy taki wyjazd wspominam z uśmiechem na twarzy.

 

  1. Wsparcie finansowe z różnych źródeł

 

Czasem się śmieję, że gdziekolwiek bym nie poszła mieszkając w placówce to dostałabym coś za darmo. Ja nie wiem czy budziliśmy litość, poczucie winy czy otwieraliśmy serca 🙂

Po wyjściu z domu dziecka umiałam korzystać z różnych pomocy, które oferowała Unia Europejska. Należałam do kilku projektów, dzięki którym zrobiłam kursy zawodowe, w tym kurs na trenera personalnego. Gdzie jak widać bardzo mi się przydał, ponieważ teraz zajmuję się tym na co dzień.

 

Całe studia miałam sponsorowane przez uczelnię, na której studiowałam. Właśnie dlatego, że jeden z wychowawców podpowiedział mi, abym złożyła tam podanie. Możliwość studiowania zawdzięczam byciu w placówce.

 

Wiele takiego wsparcia otrzymywaliśmy z różnych źródeł. I jestem za nie przeogromnie wdzięczna. Ponieważ teraz mogę zawodowo robić to, co lubię i korzystać z wiedzy, którą zdobyłam.

Czasem się mówi, że jak dostajesz coś za darmo to tego nie doceniasz. A ja jestem przykładem zupełnie odwrotnym. Może dlatego, że zawsze miałam w życiu mało teraz dziękuję za każdy drobny gest w moim kierunku. Jest to chyba kwestia podejścia. Wierzę, że jesteśmy w stanie doceniać to co przynosi nam los w prezencie.

 

I ja już wiem, że wychowanie w domu dziecka było moim prezentem. Nie wszyscy tak uważają. I mają do tego prawo.

Jednak moim zdaniem jeśli w domu jest alkohol, przemoc i brak środków do życia to dobrze odizolować dzieci od takiego środowiska. I wiem z doświadczenia, że to są bardzo bolesne rozstania. Ponieważ rodzice jacykolwiek by nie byli są nadal najukochańszymi rodzicami.

Tak jak moi <3

Jednak umieszczenie dziecka w placówce czy w rodzinnym domu dziecka może uratować mu często życie. Tak jak uratowało mi i mojemu rodzeństwu.

 

 

Nie wiem czy ten wpis był dla was przydatny. Chciałam podzielić się swoimi doświadczeniami. Wiem, że niektórzy wychowani w normalnych lub nienormalnych rodzinach mają podobnie do mnie. Bo tak naprawdę łączy nas więcej niż myślimy.

I choć żyłam w zamkniętym społeczeństwie dziś czuję się częścią większej całości. Ponieważ to tylko od nas zależy jak chcemy żyć.

Nie jesteśmy naznaczeni przeszłością, nie musimy także od niej uciekać czy z nią walczyć. Możemy za to pogodzić się z nią, ukochać ją, przytulić i iść dalej.

 

Każdy z nas bez względu na doświadczenia może zacząć żyć po swojemu.

Tego wam życzę z całego serca.

 

Z miłością <3

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.